Polityka zagraniczna

Biala…

Na jej temat padło na forum wiele gorzkich słów. Podstawowym zarzutem było to, ze komputer nie dotrzymuje sojuszy i atakuje mimo ich podpisania. Pozwolę sobie jednak nie zgodzić się z tymi opiniami. Moim zdaniem bowiem, takie a nie inne zachowanie oddaje dosyć dobrze to, czym była średniowieczna dyplomacja. Ona zaś służyła tylko jednemu – korzyściom. Wystarczy otworzyć jakąkolwiek książkę dotycząca tamtego okresu, by zobaczyć, że ówczesny świat był pełen zdrad, zaprzaństwa i łamanych obietnic, a traktaty utrzymywały się w mocy tak długo, jak długo korzyści z nich były większe niż zyski z ich złamania. Ja nawet nie namawiam do czytania opracowań naukowych – wystarczy sięgnąć po Sapkowskiego, by dostrzec, ze polityka to: (cytując Napoleona): „Jedna, wielka, sprzedajna dzi(e)wka”.
Wracając zaś do gry – w niej, jak w żadnej innej, sprawdza się stare rzymskich jeszcze czasów sięgające przysłowie: „Jeśli pragniesz pokoju, szykuj sie do wojny”.

Samo podpisanie aliansu z sąsiadem nic nie daje, jeśli w graniczącej z nim prowincji nie będziemy mieć bardzo silnego garnizonu. Mówią, ze papier jest cierpliwy – komputer niestety nie. I jeśli zobaczy, ze w sąsiedniej prowincji utrzymujemy tylko kilka jednostek, to choćbyśmy mieli z nim najlepsze stosunki i najsilniejsze sojusze, blaszak nie wytrzyma i możemy być pewni, ze zanim zdążymy zmówić cztery zdrowaśki (licząc jedna na turę), zjawi się pod murami naszego miasta z wizytą. I to bynajmniej nie kurtuazyjną. Zacznijmy jednak od początku.

Podstawą działalności dyplomatycznej są oddani i wierni emisariusze. Ich to bowiem wysyłamy do krajów ościennych z misją zawierania korzystnych dla nas traktatów, umów i układów. Główne rodzaje umów od czasów rzymskich pozostają niemal nie zmienione i są to:

 

  • Umowa handlowa – do której to zawarcia powinniśmy darzyć jak najszybciej i z jak największa ilością państw, gdyż tylko jej zawarcie pozwala nam na handel z innymi krajami. To on zaś, zwłaszcza przy posiadaniu miast nadmorskich, będzie stanowił podstawę stałego, corocznego dochodu naszego imperium. Warto do niej dążyć także z tego względu, ze nowa postać, jaka się pojawiła na planszy strategicznej, czyli kupiec, ma dość specyficzne wymagania.Jak możemy się domyślić, jego celem jest zarabianie pieniędzy dla swojego władcy. Im bardziej atrakcyjne towary (czytaj: nie występujące w jego królestwie) będzie on targował, tym bardziej jego działanie będzie dla wysyłającego korzystne. Stąd tez szybko na terenie naszego państwa pojawia się kupcy z innych krajów. I teraz tak – bez umowy handlowej będą oni opłacać się tylko państwu, które je wysłało. Jeśli jednak zawrzemy taka umowę z jego mocodawcami, część wypracowanych przez niego zysków (w formie ceł?) wpadnie i do naszej kiesy – państwa, na terenie którego on przebywa. I którego dobra wysysa ta kapitalistyczna świnia. Sprawiedliwym zatem jest, by podzielił się on ich częścią z ludem pracującym miast i wsi. Tego zaś nie zrobi bez umowy handlowej miedzy dwoma państwami.

    Inna sprawa, że jeszcze bardziej opłacalne jest prowadzenie wojen handlowych – czyli „wykaszania” swoimi kupcami kupców przeciwnika. Z dwóch względów – raz, że przejmując kontrolę nad wszystkimi dobrami na danym obszarze, uzyskujemy monopol – czytaj większe zyski, dwa – że każdorazowe wygryzienie kupca daje nam jednorazowy zysk, często kilkuset- czy nawet kilkutysieczno-florenowe.

     

  • Sojusz – oprócz tych zwykłych, znanych nam z poprzednich części serii, mamy także do czynienia z nowymi, zawieranymi dzięki małżeństwu następców tronu z córkami królewskich rodów. Te są trwalsze niż takie zawierane tylko „na gębę”. W końcu krew nie woda, a jak tu odbierać ziemie zięciowi czy teściowi. Jakoś tak… niehonorowo. Ponadto, w razie śmierci męźa naszej damy oraz bezpotomnego zejścia z tego świata władcy dynastii, w którą się wżeniliśmy, mamy, podobnie jak w MTW I, prawo do pretensji wobec prowincji wchodzących w skład danego państwa. Podobna sytuacja jest tyleż rzadka, co nader ciekawa.
  • Oferty – i to rożnego rodzaju: prowincji, dostępu militarnego, pieniędzy, wymiany map, wspólnego zaatakowania kogoś. Możemy wymieniać wszystko za wszystko – i znów: warto się targować. Pomocny jest tutaj nowy „czynnik wagowy”, informujący nas, jak bardzo nasza oferta wydaje się atrakcyjna naszym partnerom.Ta właśnie cześć dyplomacji jest szczególnie interesująca, gdyż pozwala na zabieganie o względy innych państw. Wiadomo bowiem, ze nic tak nie poprawia humoru, jak otrzymany z rana podarunek. Nawet jeżeli stojące za nim motywy są ciemne i mające uśpić czyjąś czujność – do czasu, aż będziemy gotowi rozerwać mu tętnice i napić się krwi jego dzieci ;) . Ja szczególnie często oferuję wsparcie w walce z rebeliantami. Bo nic nie kosztuje. No i nikogo nie obrażę, bo kto się ujmie za biednymi buntownikami?

    W zasadzie najważniejsze są stosunki z sąsiadami i – o ile gramy państwem katolickim – z Papiestwem. Bo wiadomo – sąsiedzi są dobrymi, o ile nie brużdżą, a papież zawsze się przyda – choćby do ogłoszenia krucjaty na prowincję, którą mu zasugeruje wysoko ceniony sojusznik. Przecież wszystko i tak „Ad maiorem deus gloriam”. A ze przy okazji i naszemu państwu ta „gloria” się opłaci, cóż… niezbadane są ścieżki Pana.

    Właśnie krucjaty są znakomitym środkiem uprawiania dyplomacji. Bo można sugerować papieżowi ich cele. Przeciw buntownikom, muzułmanom czy ekskomunikowanym państwom. Jakoś zaś się tak często zdarza, ze wrogowie Polski – bo przecież Nią najczęściej gramy, często okładani są anatemą. Zaś najgorsze, co możemy zrobić naszemu wrogowi, to mu wrogów przysporzyć. Wyznaczenie jego miasta na krucjatę sprawia, ze wiele państw rzuca mu się wtedy do gardła, przez co nie tylko musi walczyć na kilka frontów, ale tez spadają mu zyski, bo przerwany zostaje handel z tymi państwami. Cel uświęca środki. Może to niechrześcijańskie, ale jakie skuteczne.

     

  • Stosunek wasalny – w czasie wojny z jakimś państwem pojawia się nowa możliwość w panelu dyplomacji. Zwasalizowanie kogoś tak naprawdę nie przynosi żadnych korzyści. Owszem, żadnych strat także – wasalizujac kogoś sprawiamy, ze ten ktoś zostaje naszym sojusznikiem, otrzymujemy prawo przemarszu przez jego ziemie, a jego prowincje liczone są jako nasze przy podliczaniu liczby tych potrzebnych do zwycięstwa, ale dziesięciny nam niestety wasal nie płaci.Znacznie bardziej opłaca się zostać wasalem. Odrzucając bowiem emocjonalne, a całkowicie w realpolitik niepotrzebne teoryjki typu: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, zostanie wasalem ma same zalety. Jak już bowiem wspomniałem, nic nas nie kosztuje, a w zamian za to zyskujemy zabezpieczoną cześć granicy i bardzo stabilny sojusz (nie zdarzyło mi się bowiem, by komputer zaatakował zwasalizowane państwo) i możemy przerzucić część sil na inne odcinki frontu – w sytuacji, gdy (jako Polska) mamy wojnę z Cesarstwem, Wegrami i Rosją zostanie wasalem Danii może być naszym być albo nie być.
  • W tej części Total War znacznie większą, niż we wcześniejszych, rolę odgrywają czyny jednych państw względem drugich. A to przez pojawienie się nowych współczynników opisujących wzajemne relacje oraz opisujących dane państwo. Szczególnie istotne są stosunki wzajemne i reputacja. Ten pierwszy odzwierciedla zdarzenia tylko miedzy naszymi dwoma krajami, ten drugi wskazuje, jak dane państwo jest oceniane przez innych. Na oba wpływają nasze działania, np. przekazanie pieniędzy czy prowincji podnosi nasza ocenę w oczach obdarowywanego, a przekroczenie granicy bez układu na to zezwalającego raczej je pogorszy. Z kolei te drugie zależą od tego, czy dotrzymujemy umów. I tak, zaatakowanie sojusznika czy nieudzielanie mu pomocy przez długi czas raczej nie poprawi naszej oceny w oczach innych. Zabijanie czyichś wysłanników też raczej nie poprawi relacji wzajemnych.

    … i czarna

    Cóż, czasem się jednak okazuje, ze lepiej działać poza kulisami. Służą do tego dwa rodzaje naszych wiernych poddanych – szpiedzy i zabójcy. I o ile ci pierwszy raczej najlepszymi dyplomatami nie są, choć na mapie strategicznej oddać usługi mogą wielkie – choćby likwidując szpiegów wroga, wywołując niepokoje społeczne, dostarczając nam informacji na jego temat czy otwierając bramy jego twierdz, to zabójcy są już znacznie użyteczni, hmm… dyplomatycznie. A to najlepszego generała nieprzyjacielowi zlikwidują, a to dyplomatę wrogiego mocarstwa śpieszącego z ważna misja wykończą, a to kupca, który zarabiał dla nieprzyjaciół naszych 300 florenów na turę.
    Ale – o zabójcach wspominam z poczucia obowiązku. Bo… praktycznie ich nie używam. Gram bez save game (uważam, ze mózg i tak daje mi taką przewagę nad procesorem, że nie ma sensu dobijać jeszcze kompa eksterminacją jego najlepszych generałów. Bez sejwowania zaś jest to niemal niemożliwe. Nowy zabójca potrzebuje ok. 10-20 udanych zabójstw, by być najlepszy. To jest zaś praktycznie niemożliwe bez wgrywania gry. Po prostu wcześniej go wykończą. Zatem – gram bez zabójców. To chyba jednak tylko kwestia przyzwyczajenia i preferencji, bo i wielu bez tych łotrzyków nie wyobraża sobie gry.

    Generalnie: wszystko tu można sprzedać, wszystko wymienić, bardzo wiele można wytargować. Ja, po graniu rożnymi krajami stwierdzam, że warto sprzedawać wszystko na początku. Bo w grze bardzo wiele zależy od dobrego startu. Na starcie zaś zawsze brakuje gotówki. Zatem sprzedawajmy wszystko wszystkim – sojusze, prawa handlowe, mapy (te podobno komp i tak „widzi”, więc co nam daje ich ukrywanie?). Bo i tak to nie my będziemy zrywać przymierza – zazwyczaj to komputer atakuje pierwszy i to na niego spada infamia. A my, czyści jak te baranki Boże, z imieniem Jego na ustach, mamy okazję nauczyć krzywoprzysięzców, że „pacta sunt servanta”.